Kwiat wiśni i czerwona fasola

24 sierpnia


Postanowiliśmy wybrać się do kina.

Przejrzeliśmy repertuar Multikina a tu zupełnie nic, totalne dno. Najambitniejszym filmem w całym zestawieniu była Epoka lodowcowa. Lubię oglądać filmy animowane, ale to akurat nie był ten odpowiedni moment.

W repertuarze filmów dla całej Warszawy wreszcie udało się znaleźć coś obiecującego. No przynajmniej dla mnie. Obyczajowy film, japoński na dodatek, jeszcze z gotowaniem w tle, czego chcieć więcej? Mąż stwierdził, że zdobędzie się na to poświęcenie i poszliśmy. :)

Na miejscu okazało się, że nasze kino jest o wiele łatwiejsze do znalezienia w internecie niż w realu. Ani śladu żadnego, nawet najmniejszego drogowskazu. Zapytaliśmy o drogę w kawiarni, a właściwie mąż nawet nie zdążył zadać pytania, a pani domyślnie od razu pokazała nam właściwy kierunek. Widać nie pierwsi mieliśmy ten problem.
Budzącymi respekt, wielkimi drzwiami z napisem „Centrum Bankowo-Finansowe” weszliśmy do dawnej siedziby Komitetu Centralnego PZPR.


Marmurowe schody poprowadziły nas w dół i tak znaleźliśmy się w korytarzu, gdzie mały tłumek otaczał pana siedzącego przy stoliku z laptopem. Musieliśmy mieć chyba trochę głupie miny, bo pan zaraz zaczął do nas wołać „dzień dobry” i wyjaśniło się, że faktycznie, to właśnie jest kasa. O popcornie nikt nawet nie wspomniał (chlip).

Po tym wszystkim stwierdziłam, że właściwie lubię chodzić na niszowe filmy, do mało popularnych kin, bo to o wiele lepsza przygoda niż w przypadku normalnego kina. No i można zaoszczędzić na popcornie.


Teraz muszę wam opowiedzieć o samym filmie z bardzo japońskim tytułem „Kwiat wiśni i czerwona fasola”. Tak się jakoś złożyło, że dawno nie oglądałam niczego w moim guście, co naprawdę by mi się spodobało. Dlatego widząc bardzo obiecujący trailer od razu się podekscytowałam, że oto zła passa się kończy i wreszcie będę mogła nasycić moje oczy i umysł prawdziwie wartościowym, bogatym w symbole i aluzje, subtelnym, lecz jednocześnie pełnym emocji i napięcia dziełem (nie wspominając już o wątku kulinarnym). Jak to zwykle w takim przypadku bywa, film nie był aż tak wspaniały jak w moich wyobrażeniach, ale i tak dawał radę.

Mężowi się podobał (wiedziałam, że tak będzie) i po wyjściu z kina zastanawialiśmy się wspólnie – o co tak naprawdę w nim chodziło, jakie było przesłanie?

Film ukazywał historię Sentaro prowadzącego budkę z japońskimi słodkimi naleśnikami – dorayaki, tradycyjnie przekładanymi pastą z czerwonych fasolek adzuki. Do pomocy w przygotowywaniu dorayaki zgłosiła się pewna stara kobieta o imieniu Tokue. Mężczyzna początkowo nie chciał się zgodzić, potem uległ, wydarzenia potoczyły się dalej... Tak naprawdę w przypadku tego typu filmów historia ma drugorzędne znaczenie. Jest tylko tłem dla rozgrywających się między bohaterami uczuć, dla ukazania pewnych prawd życiowych.

Po obejrzeniu filmu doszłam do wniosku, że pozornie może wydawać się on płytki. Tak jakby ktoś chciał nakręcić głęboką opowieść o życiu, a trochę mu to nie wyszło. Oglądanie go było miejscami nieco nudne, nie sprawiało tyle przyjemności, co inne filmy obyczajowe, które widziałam. Nie chcę przez to powiedzieć, że było zupełnie do niczego, tylko po prostu po wyjściu z sali kinowej nie było tej bezkrytycznej euforii i zachwytu, która czasem nam towarzyszy.


Głębsze zrozumienie przesłania filmu doszło do mnie dopiero później, gdy na spokojnie się nad nim zastanowiłam. Tokue w pewnym momencie radzi Sentaro, aby słuchał tego co mówią mu fasolki adzuki, jak opowiadają o podróży, którą przebyły, o rzeczach, które widziały. W pierwszej chwili można to odebrać jako frazes, banał. Ale o co tak naprawdę chodzi starej kobiecie, która rozmawia z ptakami, tańczy razem z drzewami i śmieje się do słońca?
O zauważanie rzeczy wokół nas. Takie świadome zwrócenie uwagi na to co nas otacza, na przyrodę. Zatrzymanie się na chwili obecnej. Wyrzucenie z głowy szumu myśli, spraw, pieniędzy, ambicji i skupienie na tym co JEST. 

Co nam to da? Jesteśmy szczęśliwsi i nagle stajemy się zdolni do zauważenia drugiego człowieka obok nas. Potrafimy wsłuchać się w niego, w jego problemy. Współczuć. I kochać. Może jest to oczywista prawda, ale ja w tym momencie uświadomiłam to sobie tak jakoś bardziej niż zwykle. Na nowo.


Nie jest to wielkim odkryciem, że wiele problemów współczesnych ludzi bierze się z ich ciągłego pośpiechu i braku umiejętności koncentracji na teraźniejszości. Pomyśl chwilę. Kiedy siedzisz spokojnie, komputer jest wyłączony, słuchasz wieczornych odgłosów natury i chłoniesz zapach kwiatów o ile łatwiej jest wtedy kochać. Także jeśli pracujesz, możesz przecież spróbować przez moment zdać sobie sprawę z tego, że JESTEŚ, i że to właśnie się liczy, a nie wieczny pęd.

Bardziej świadome życie, skupienie się na tym co jest i co naprawdę jest ważne – wielu z nas tego właśnie potrzebuje.

To tyle w temacie. Polecam wam film „Kwiat wiśni i czerwona fasola” zwłaszcza jeśli jesteście bardzo zabieganymi ludźmi. :) Jeśli ktoś oglądał to dajcie mi znać co wy o nim sądzicie? Podzielcie się swoimi własnymi przemyśleniami, chętnie je przeczytam.



You Might Also Like

0 komentarzy

Dziękuję za Twój komentarz.

Popularne w tym miesiącu

Facebook